
„Wschód słońca w dniu dożynek”, nowa powieść Suzanne Collins i drugi prequel serii „Igrzyska śmierci”, sprzedała się w Wielkiej Brytanii w liczbie ponad 118 tysięcy egzemplarzy w zaledwie tydzień. Wydawnictwu Scholastic przyniósła ponad 1,5 miliona funtów – to najlepszy tygodniowy wynik oficyny od 2007 roku.
Po uwzględnieniu sprzedaży innych tytułów Collins oraz bestsellerów Dava Pilkeya, Scholastic przekroczyło 2 miliony funtów przychodu w ciągu zaledwie siedmiu dni. Taki sukces nie bierze się znikąd – to efekt konsekwentnie budowanej marki autorskiej, zaufania ze strony wydawcy i solidnych inwestycji w promocję.
A teraz Polska: „Jeszcze książka nie zginęła?”
W tym samym czasie, gdy zagraniczni autorzy generują milionowe przychody, w Polsce trwa gorąca debata o tym, czy pisarze przetrwają jako grupa zawodowa. Opublikowany niedawno raport „Jeszcze książka nie zginęła?” pokazuje brutalną prawdę: większość polskich autorów nie jest w stanie utrzymać się z pisania. Mediana miesięcznych zarobków twórców literatury wynosi zaledwie 2,5 tysiąca złotych brutto.
Jak pisaliśmy wcześniej na blogu, branża wydawnicza w Polsce zmaga się z dumpingiem cenowym, oligopolem i brakiem transparentności. W efekcie autorzy nie tylko nie zarabiają godnie, ale często muszą dorabiać w szkołach, redakcjach czy agencjach marketingowych. Grupa bestsellerowych pisarzy, która może liczyć na realne wpływy, jest niewielka – a i oni są świadomi nieprawidłowości trawiących cały system.
Spór o „Chłopki” i skala niezrozumienia
Dlatego tak szerokim echem odbił się publiczny spór wokół książki „Chłopki. Opowieść o naszych babkach” Joanny Kuciel-Frydryszak. Autorka wchodzi na drogę sądową z Wydawnictwem Marginesy, powołując się na art. 44 ustawy o prawie autorskim – tzw. klauzulę bestsellerową:
W przypadku, gdy wynagrodzenie twórcy jest niewspółmiernie niskie w stosunku do korzyści nabywcy autorskich praw majątkowych lub licencjobiorcy, twórca może żądać stosownego podwyższenia wynagrodzenia przez sąd.
„Chłopki” sprzedały się w nakładzie przekraczającym pół miliona egzemplarzy. Autorka postanowiła więc renegocjować swoją umowę z wydawcą. Ze względu na brak porozumienia poinformowała w mediach społecznościowych, że zamierza pozwać Marginesy. To wywołało lawinę komentarzy – od słów wsparcia i prób szerszej dyskusji, aż po falę krytyki, w której zarzucano jej roszczeniowość i brak pokory.
Ta sytuacja obnażyła nie tylko brak wiedzy o realiach rynku książki, ale i systemowe nieprawidłowości w relacjach między pisarzami, wydawcami, dystrybutorami i księgarzami. Znów pojawiły się głosy o konieczności zmian – o które coraz intensywniej walczą Unia Literacka i Polska Izba Książki.
Czy Suzanne Collins mogłaby wyżyć jako pisarka w Polsce?
Zestawienie sukcesu Collins z sytuacją w Polsce może wydawać się nie na miejscu – to inne rynki, inne skale, inne budżety. A jednak pytanie pozostaje zasadne: czy gdyby autorka „Igrzysk śmierci” debiutowała dziś w Polsce, miałaby szansę na profesjonalne wsparcie wydawnictwa, promocję i finansową stabilność?
Biorąc pod uwagę rozregulowany i nietransparentny rynek, trudno odpowiedzieć twierdząco. A jednak Suzanne Collins, której przychód z najnowszej książki wyniesie co najmniej 300 tysięcy funtów za pierwszy tydzień sprzedaży, pokazuje, że jest o co walczyć. Potrzebne są stypendia, ulgi podatkowe dla twórców, większe inwestycje w promocję literatury, przejrzyste zasady wynagradzania i rzeczywista współpraca między instytucjami kultury a rynkiem komercyjnym.
Sukces pisarza to często efekt wieloletniej, wytrwałej pracy – sama Collins czekała na swój przełom niemal 20 lat. Jeśli nie zadbamy o byt twórców, zostaną nam pojedyncze bestsellerowe nazwiska, które – zamiast inspirować – będą wywoływały frustrację i zazdrość. Bo jak tworzyć dobrą literaturę, jeśli autor sam musi walczyć o przetrwanie?
Żródła: